piątek, 13 listopada 2015

12. There is no way back.

Powódź trzech rzek kraj bogów czeka.
Wyroczni nic nie zmieni.
Ze wschodu płynie mieczy rzeka,
Z północy - lodu, z południa - płomieni.

I widzę, jak ze śmierci bram
Pełzną piekielne sfory.
Zaświaty, gdzie przeklętych tłum
Czeka na sądu pory.

W Żelazym Lesie coś budzi się, 
To wiedźma podnosi głowę.
Wilk Fenris ostrzy zęby swe,
Na łowy wszystko gotowe.

Nad światy już nadciąga mrok,
Złych wichrów szaleją moce,
Próżnia zajmuje miejsce świata,
Czy wie o tym Wszechojciec?
(...)
Wycie wilka niesie mrok.
Łańcuchów pękają okowy.
Nad światy nadciąga Ragnarok,
Co Chaosu zacznie wiek nowy.



****************************



Obudziła się z okropnym bólem głowy i jeszcze gorszym bólem w żyłach, takim, jak po kontraście. Zdawało jej się, że nie ma mięśni, że jest tylko bezwładną masą. 
Nagle usłyszała szept. Rozejrzała się. 
Koło niej nikogo nie było. 
- O nie. Nienienienienienienie. Błagam, nie - wyjęczała.
Szept zmienił się w normalny ton. 
Wróciłam. Wróciłam. Ostrzegałam. Nie słuchałaś.
W swojej głowie tolerowała tylko dwa głosy: swój i Lokiego. A ten nie był żadnym z nich. Nawet nie należał do Sheery.
Głosów było coraz więcej. Co niektóre zaczynały wrzeszczeć. Sigyn chwyciła się za uszy i sama zaczęła krzyczeć. 
Nie czuła otaczającego ją zimna, nie zauważyła nawet, że znów jest w Jotunheimie. Liczyło się tylko to, żeby oni się zamknęli. 
Niedługo się wyda. Wszystko. Zabiją cię. Zginiesz. Ja cię zabiję.
Ten głos był najdonośniejszy. Głos małej dziewczynki. 

Do komnaty wpadli dwaj Olbrzymi. Kiedy zobaczyli ich królową klęczącą na ziemi, natychmiast podbiegli i pomogli jej wstać.
- Zabijcie mnie - jęknęła Sigyn. - Błagam, zabijcie.
Po jej policzkach po raz pierwszy od bardzo dawna zaczęły płynąć łzy rozpaczy. Zapomniała już, jakie to uczucie. 
Olbrzymi spojrzeli po sobie, po czym zaprowadzili ją do komnaty,w której leżał Loki.
Kiedy ją zobaczył, natychmiast zerwał się z łóżka i do niej podbiegł, wbrew krzykom i nakazom ze strony medyczek. 
- Sigyn. Spójrz na mnie. 
Spojrzała. Jej oczy były czerwone od płaczu. 
Kłamca przyłożył dłonie do jej skroni. 
Głosy ucichły. 
Susan odetchnęła. Upadła, cała drżąc.
Loki klęknął obok niej i przytulił ją całując jej włosy. 
- Już dobrze - szeptał. - Już dobrze. Co się stało?
Sigyn nie odpowiedziała. Była zbyt przerażona. Teraz, kiedy słyszała już własne myśli, jej głowę opanował strach. Jakim cudem po tylu latach to coś wróciło? Dlaczego znowu ich słyszała? Dlaczego teraz? Jaki był powód?
Kłamca rozkazał przenieść Susan do jego komnaty na stałe, w razie gdyby atak miał się powtórzyć.

***

Tony wpatrywał się w sygnał połączenia na ogromnym ekranie w głównej siedzibie T.A.R.C.Z.Y.
Osoba po drugiej stronie najwyraźniej  nie spieszyła się, by odebrać. 
Oprócz niego w pomieszczeniu znajdowała się cała masa agentów, patrzących na wyświetlacz z taką samą nadzieją jak on.
W końcu pojawił się obraz. 
- Hej. Wybaczcie, że tak długo, strasznie słaby macie tu zasięg. 
- Wybaczone, Quill - odezwał się Stark. - Jak daleko jesteś?
- Na waszej orbicie. Równo z Księżycem.Mam lądować?
- Nie. Nie ląduj. Zostań tam. Wyślemy ci parę satelitów wojennych, spróbujesz ich popilnować. Na Ziemi i tak już nic nie można zdziałać, więc może chociaż z kosmosu się uda. 
- No... w porządku, ale... co masz na myśli, mówiąc, że już nic nie można zdziałać?
- To, że tak jest, Peter. Ragnarok rozpocznie się przed końcem miesiąca. Nie mamy broni, sprzymierzeńców, nic. Jedyni, którzy są po naszej stronie, to bogowie. Wiesz, ci od Thora. Cała reszta świata jest przeciwko nam.
- Ale to chyba w miarę w porządku, skoro bogowie są u was, nie? W sumie, wiesz. Są nieśmiertelni i te sprawy. 
- Tak. Ale nie tylko oni. A poza tym, na jedną armię naszych nieśmiertelnych przypada siedem armii innych nieśmiertelnych. Plus Chaos, według najnowszych prognoz.
- Chaos?
- To zależy. Albo będzie przeciwko nam, a po stronie Lokiego, albo będzie przeciwko wszystkim, i będziemy mieli trzy strony konfliktu. Wtedy prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej, niż przypuszczamy.
Star Lord westchnął.
- To może ja pogadam z moimi kumplami. Załatwię wam może jaką armię kosmitów albo co.

***

Następnego dnia Sigyn czuła się już lepiej. Razem z Lokim zaczęli trenować iluzje i zaklęcia. 
Po skończonej lekcji udali się do portu, żeby obejrzeć zrobiony specjalnie dla nich ogromny statek.
- Nagelfar przycumował. Jutro będziemy mogli wyzywać naszych sprzymierzeńców. Rozmawiałaś z Hel?
- Tak. Wszystko załatwione. Jest dzisiaj u siebie, przygotowuje ludzi.
- Ludzi. Żono moja, wyborny żart.
Zaśmiali się. 
Sigyn położyła dłoń na dłoni Lokiego. Zaczęła bawić się jego palcami. Wyglądała, jakby pochłaniało to całą jej uwagę.
- Jesteś zmęczona - zauważył Loki. 
Słońce zaczęło zachodzić. 
- Tylko trochę. Dużo się ostatnio działo. Najpierw jaskinia, potem... to. Dzisiaj ćwiczenia. - Susan celowo pominęła fragment o czarnych oczach.
- Tak przy okazji... - Kłamca oparł się o barierkę. - Co się wczoraj stało? Dlaczego tak płakałaś?
Sig puściła jego dłoń i spojrzała na słońce. 
- Po prostu... nie wiem, Loki. Nie wiem. To ten jad. Wywołał halucynacje.
- U mnie nie.
- Ty go nie połknąłeś.
Zapadła cisza. 
Kłamca przełożył ramię przez plecy Susan. 
- Dlaczego tak patrzysz? - zapytał. - Jesteś smutna?
- Nie. Patrzę na słońce. Jutro może go nie być. Zależy, co Fenrir załatwi.
- Moje Słońce i Gwiazdy robi się sentymentalna. 
- Za dużo "Gry o Tron", Loki. Za dużo. 
- Nie mówicie tak w Midgardzie? - Zaśmiał się.
- Nie. Mówimy "stary" i "stara". 
Oboje parsknęli śmiechem.
- To... stara, może skoczymy do Midgardu? 
- Jasne, stary. Chodźmy, stary. Gdzie najpierw, stary?
- Gdzie chcesz, stara.

Udali się do Midgardu. Odwiedzili wszystkie miejsca, w których byli kilka lat temu. W tym chatkę w lesie, cała już zrujnowaną i zarośniętą bluszczem. Wyglądała, jakby HYDRA albo T.A.R.C.Z.A regularnie przechodziły i dobijały ją trochę bardziej. 

A potem wrócili do Jotunheimu.

*** 
Fenrir nie ufał wilkom z Jarnskogen. W Żelaznym Lesie nigdy nie spotkało go jeszcze nic przyjemnego. 
Bez problem znalazłam jednak swoich kuzynów. Dowodzili wszystkimi stworami zamieszkującymi te tereny i jeszcze do niedawna każde jego odwiedziny u nich składały się głównie z ich wywyższania się z tego powodu. Teraz było inaczej.
Biała wilczyca i szary wilk skłonili niechętnie łby, kiedy do nich podszedł. W ludzkiej postaci prawdopodobnie uśmiechnąłby się kpiąco, ale w wilczej... no cóż. Szczerzenie kłów mogłoby zostać dwojako odebrane, a zarówno matce, jak i ojcu bardzo zależało na wsparciu Skoll i Hattiego. 

Był od nich większy. Dużo większy i dużo dostojniejszy. Dodatkowo miał czarne futro, które - odkąd jego matka zawładnęła Jotunheimem - stało się oznaką najwyższej władzy. Bardzo ładnie się więc składało, że Jarnskogen leżało właśnie w Jotunheimie.

- Witaj, Fenrir - powiedział Hatti. Chociaż w sumie bardziej pasowałoby określenie "pomyślał".
- Witajcie. Wiecie, po co przybywam, prawda? - odpowiedział. Kiwnęli głowami. - Zgadzacie się?
- A mamy wybór? Twój ojciec jest królem, matka królową, siostra włada trupami. Głupio by było się nie zgodzić.

Fenrir uniósł łeb.

- A więc czekajcie na sygnał. - I odbiegł w stronę domu.

***
 
- Wasza Wysokość. - Do sali tronowej wszedł strażnik bramy. - Przybył posłaniec z Asgardu.
Loki spojrzał na siedzącą obok niego Susan. Ta kiwnęła lekko głową.
- Niech wejdzie.

Po chwili przez ogromne, lodowe wrota wszedł malutki, odziany w złoto żołnierzyk. No dobra, może nie był aż taki malutki, ale z podwyższenia wyglądał jak mróweczka. Podtruptał do tronu i skłonił się nisko. 
- Po co przybywasz? - Zapytała Sigyn. 
Zawiał zimny wiatr. Ciemnoszare (już od kilku dni w tym samym kolorze) włosy bogini uniosły się lekko, ale kryształowa korona ani drgnęła. 
- Z posłaniem, pani.
- Tyle to się zdążyłam domyślić. Czego chce Thor?
- Jego Książęca Mość nie przekazał żadnej wiadomości. Przesyłam posłanie o d Wszechojca Odyna.
Król i Królowa spojrzeli po sobie. 
- Rozumiem, że Odyn się obudził. 
- Tak, pani.
- Jakie przesyła więc posłanie? - Odezwał się Loki.
- Proponuje pokój. 
Małżeństwo znów na siebie zerknęło.
- Pokój? - Powtórzyła powoli Sigyn. 
- Tak, pani. Złożycie broń, a wtedy Asgard też nie zaatakuje. Wszechojciec obiecał, że powrócicie do dawnych łask.
- Nie wierzę mu - rzucił od niechcenia Loki, rozsiadając się wygodniej na tronie. - Ani tobie.
- W takim razie pozwól, żeby wypowiedział się osobiście.
Sigyn spięła się, gotowa do reakcji. Dyskretnie dała znak strażnikom, alby byli w pogotowiu. 
Przez okrągłe okna u szczytu komnaty wleciały dwa czarne kruki.
Susan odetchnęła. Hugin i Munin. Hugin to myśl, a Munin - pamięć Odyna. Sigyn zastanawiała się, co by było, gdyby tak je ubiła. 
Kruki przybrały ludzką postać już w momencie lądowania. 
Identycznie wyglądający kobieta i mężczyzna, oboje dziwnie zgarbieni i czarnowłosi. Ich oczy miały nadal kształt oczu kruka.
- Odyn przesyła pozdrowienia. Proponuje pokój. Powstrzymajcie swe wojska, a nic wam się nie stanie. W przeciwnym wypadku stracicie wszystko. - Sigyn nie mogła się powstrzymać. Parsknęła śmiechem. Kruki to zignorowały. - Wszechojciec obiecuje, że powrócicie do dawnych łask po poniesieniu drobnej kary.
- O karze poseł zapomniał wspomnieć - syknął Loki. - Propozycja jest nieszczególnie kusząca, ale rozważymy ją. Zostawcie nas samych.

Wszyscy oprócz strażników wyszli z komnaty.
- Chyba nie masz zamiaru się na to godzić - Wypaliła Susan w momencie, gdy za obcymi zamknęły się wrota.
- Sam nie wiem, Sig. ten cały pomysł z Ragnarokiem coraz mniej mi się podoba.
- Żartujesz sobie? Po tym wszystkim co nam zrobili, co tobie zrobili, ty masz zamiar im tak po prostu odpuścić?
- Spójrz na to z innej strony. W Ragnaroku zginą wszyscy. Łącznie z nami. Tego chcesz?
- Jeśli dzięki temu nie ucierpi moja duma, to tak.
- Duma - parsknął Kłamca. - Duma najważniejsza. A myślisz też czasami o sprawach bardziej "przyziemnych"?
- Jak na przykład?
- No nie wiem. Może życie twoich bliskich?
Sigyn spojrzała na niego lodowo niebieskimi oczami. Wolał, kiedy były granatowe.
- Dla moich bliskich poświęcam wszystko. I akurat ty powinieneś o tym doskonale wiedzieć. 
- Wasze Królewskie Mości - wtrącił się strażnik. - Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, ale mamy wiadomość od Księżnej Hel. Wyruszyła już z wojskami z Helheimu.
Sigyn skinęła na niego głową w podziękowaniu.
- Widzisz, Loki? To wszystko nie ma już znaczenia. Stąd już nie ma powrotu.

**************************
 No to, Drodzy Państwo, w następnym poście mamy Ragnarok :D
Cieszycie się, nie? 

Tak jak obiecałam, z okazji 30 000 wyświetleń mam dla Was dwie niespodzianki.
Pierwsza to Q&A, czyli pytania i odpowiedzi. Uruchomię specjalnie na to odrębną stronę na blogu, na której będziecie mogli mnie pytać o co chcecie (oczywiście w granicach rozsądku :D ), a ja będę odpowiadała na wasze pytania. Co więcej, możecie zadawać pytania także bohaterom opowiadania :)  (jest to pomysł zaczerpnięty z setek blogów na tumblrze i blogspocie, w którym fani mają okazję zapytać swoje ulubione postacie o jakąkolwiek rzecz).

Oprócz tego, wkrótce (jak dobrze pójdzie, to wkrótce=jutro) na blogu pojawi się KOLEJNA odrębna strona z dodatkowym opowiadaniem (one-shotem), które obiecałam również za 30 000. Będzie ono oczywiście powiązane z głównym wątkiem, ale nie bezpośrednio z aktualnie toczącą się akcją.

Bardzo Wam dziękuję za wszystkie komentarze, wejścia i za to, że czytacie mojego bloga. Dla większości twórców 30 000 to marne kichnięcie, ale dla mnie to naprawdę ogromna liczba. 


No to, moi Drodzy, nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na Zmierz Bogów :)

Do następnego :)


piątek, 16 października 2015

11. I don't fear the acid.

Winter is coming.

***


Raeven ukłonił się, najpierw w kierunku Królowej, potem jej dzieci.
- Wasza Miłość - powiedział. - Tak jak prosiłaś, wojska są gotowe. Co mamy robić dalej?
Jej Wysokość nie odpowiedziała od razu. Przyglądała się mu ze znudzeniem. Włosy o kolorze ciemnego popiołu miękko spływały po jej ramionach. Była sfrustrowana. Długie, pomalowane na czarno paznokcie stukały o poręcz tronu, a ciemnofioletowe usta były zaciśnięte.
- Już mówiłam. Znajdźcie mojego męża - odpowiedziała. - Sprawdźcie, gdzie jest i mnie powiadomcie.
- Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość.
Ponownie przyklęknął, po czym odwrócił się i odszedł. Właśnie dostał prawdopodobnie najważniejsze zadanie swojego życia.
Miał odnaleźć swojego Króla.
Króla Lokiego, boga kłamstw i ognia. Męża Sigyn, Królowej Śniegu, Lodu i Mrozu, Władczyni Jotunheimu. Bogini wierności, a od niedawna także zniszczenia i chaosu, Pani Żywiołów.

***

Ziemia zatrzęsła się po raz kolejny. Iron Man zachwiał się. W ostatniej chwili chwycił się drzewa.
- Weźcie te dzieci! - Krzyknął. - Ukryjcie je w bunkrze. Każcie wolontariuszom znaleźć ich rodziców.

...I tak od tygodnia.
Kiedy oficjalnie potwierdzono informację o Ragnaroku, świat wpadł w panikę. Rozpoczęły się akcje ukrywania i zabezpieczania ludności. Avengers również włączyli się do tej inicjatywy, pomagając jak tylko się dało.
Tony Stark zorganizował zapasy środków do życia dla niemal wszystkich największych bunkrów w USA. Steve i Bucky przeszkolili mężczyzn w technikach obrony, a Natasha pomogła kobietom.
Wanda rozpostarła magiczne blokady, które miały osłabić skutki Ragnaroku.
Bruce pracował nad lekami przeciwko ewentualnym epidemiom i zakładał szpitale polowe.
Thor zaś cały czas był w Asgardzie, próbując zatrzymać wszystko stamtąd. Wojska Einherjarów patrolowały już miejsca, w których mogły zostać otwarte przejścia z innych światów.
- Nie mamy szans - powtarzał często. - Nie damy rady. Ona jest za silna. Za mądra. Wyrżnie nas wszystkich.
Podczas jednego z tego rodzaju monologów boga burzy otworzyły się wrota do Sali Tronowej, przez które wszedł posłaniec.
- Wszechojcze - powiedział. W jego głosie był strach.
- Tak?
- Oddziały Jotunów krążą po Nidavellirze. Są bardzo blisko Jaskini Węża. Co mamy robić?
Thor przymknął oczy.
- Nic - jęknął ze zrezygnowaniem.

***

- Myślisz, że już takie zostaną? - Zapytała Sigyn, bawiąc się delikatnie pasemkiem swoich włosów.
- Nie wiem, pani. Ostatnio ciemnieją coraz szybciej. - Odpowiedziała jej Hel.
- Tak, ale dziś na przykład zjaśniały. Może to dlatego, że znaleźli Lokiego. Takie są ładne. Mogłyby być.
Nagle konie bogiń stanęły dęba, o mało nie zrucając ich z grzbietów.
Do szalejących zwierząt natychmiast podbiegli Olbrzymi.
- To tutaj - powiedział jeden z nich. - Konie dalej nie pójdą. Tak jak i my. Są tu za mocne bariery. Nie damy rady.
Susan zsiadła z konia i dotknęła dłonią pola siłowego.
Już nie z takimi problemami sobie radziła.
Zamknęła oczy i spróbowała powtórzyć to, co robiła kilka dni temu. Poczuła, jak fala zimna zalewa jej ciało. Nacisnęła ręką na barierę, która nadal nie chciała ustąpić.
Zacisnęła zęby. Było coraz zimniej.
- Pani? - Usłyszała głos Hel. Głos odległy. Jakby dochodził zza ściany.
Poczuła lekkie ukłucie prądu przeszywające jej ramię i idące jak dreszcz po kręgosłupie. Jej mocno naciskająca na barierę dłoń straciła oparcie i bezwładnie poleciała do przodu.
Sigyn otworzyła oczy. Słyszała szepty i głośne oddechy swoich poddanych.
Bez problemu przeszła przez pole siłowe.
Zamrugała intensywnie oczami i poczuła, jak znów przybierają niebieską barwę. Jak odpływa z nich czerń.
Odwróciła się do swoich poddanych. Patrzyli na nią z dziwnym wyrazem oczu.

***

W jaskini było ciemno jak w d... no. Wszyscy wiemy gdzie.
Sigyn szła powoli. Słyszała kapanie wody i szum górskiego strumyka żłobiącego korytarze gdzieś w skale po jej lewej stronie.
Nagle usłyszała krzyk. Potworny wrzask bólu i rozpaczy, który powoli przemienił się w urywane wołania o pomoc, a potem całkiem zniknął.
Ruszyła szybciej, potykając się o długą suknię.
Dźwięk sprawił, że jej ciałem zaczęły miotać dreszcze.
Zatrzymała się na chwilę, żeby opanować dygotanie.

Ciemności nie pozwoliły jej zobaczyć, że wyszła już z korytarza i znalazła się w czymś na kształt komnaty. Zauważyła to dopiero dzięki pozostałym zmysłom. Usłyszała, że echo jej kroków odbija się od dalej położonych ścian i wyczuła zmianę ciśnienia. Doszedł ją też czyjś ciężki oddech.

Nie miała pewności, czy to on. Czuła, że tak jest, ale bała się ryzykować. Nie teraz, kiedy jest wrogiem numer jeden w Asgardzie, Nie chciała ryzykować wpadania w pułapkę, więc nie zapaliła ognia, który oświetliłby pomieszczenie.

Schyliła się i zaczęła się skradać. Stanęła dopiero w momencie, kiedy usłyszała, że dźwięk oddechu rozlega się tuż przy jej uchu.

Spróbowała wysłać Lokiemu jakąś wiadomość. Nie miała co prawda medalionu, który kiedyś jej to umożliwiał, ale teraz była boginią. Jej mąż nauczył ją tego rodzaju przydatnych zaklęć. Jedynym warunkiem było to, że musiała znajdować się blisko niego, żeby się z nim skontaktować. Jej moc była jeszcze zbyt słaba, by mogła robić to na odległość.

Pomyślała jego imię.
Podskoczyła, kiedy mężczyzna obok niej zerwał się nagle, nabierając głęboko powietrza, jakby obudził się z koszmarnego snu.
Usłyszała jak wyszeptał jej imię. Jego głos był przepełniony rozpaczą.

Teraz miała pewność.
To on.
Jej dłonie natychmiast rozżarzyły się ogniem. Mężczyzna odruchowo odwrócił twarz. Poznała go.
To on.
Jego skóry nie była blada. Była biała. Biała, poprzeplatana ranami i siniakami. Usta miał fioletowe, a z kącika warg wyciekała zaschnięta strużka krwi. Włosy miał potargane i przypruszone pyłem.
Ciernie bijały się w jego ciało. Niektóre żebra sterczały pod naprawdę niewłaściwym kątem.

Potem zobaczyła węża wiszącego nad jego twarzą.
Gad podniósł głowę i spojrzał na nią, sycząc wściekle.
- Sigyn. - Rozległ się słaby głos Lokiego. Tym razem gorycz w jego brzmieniu została stłumiona przez nadzieję i radość.
Susan usiadła obok niego, głaszcząc jego twarz. Po raz pierwszy od - jak jej się zdawało - wieków po jej policzkach popłynęły łzy a jej twarz wyraziła jakieś uczucie.
Loki patrzył na nią w sposób, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziała. W jego oczach było błaganie, miłość, czułość i wdzięczność, a to wszystko zmieszane ze sporą domieszką cierpienia.
Nagle jednak oderwał od niej wzrok i spojrzał na węża. Jego twarz przybrała wyraz strachu.
Słabym głosem powiedział do Sigyn, żeby zabrała rękę.
Nie zrobiła tego.
Kropla jadu spadła na jej dłoń, natychmiast wyżerając w niej dymiącą i syczącą dziurę.
Kobieta krzyknęła przez zaciśnięte zęby.
Ból był nie do wytrzymania.
Ale Susan pamiętała gorszy.

Wstała. Ruszyła gwałtownie dłonią, wyrywając ze ściany jaskini kawałek skały. Kamień wpadł w jej czekającą dłoń, natychmiast formując się na kształt misy. Uklękła przy Lokim i umieściła naczynie nad jego twarzą.
- Sigyn, nie - powiedział. - Odejdź. Nie możesz tu zostać. Nie możesz tak czekać przez wieczność.
Susan spojrzała na niego spokojnie.
- A właśnie, że mogę.

***

Nie wiedziała, ile dni minęło odkąd znalazła Lokiego. Nie była w stanie policzyć - do jaskini nie docierało światło słoneczne.
Przez ten czas zdążyła opowiedzieć Lokiemu o wszystkim, co się wydarzyło.
O jej ucieczce z Asgardu i o tym, jak poznała Hel, Jormunganda i Fenrira. Jak Jotunowie mianowali ją ich królową. Razem śmiali się ze zbieżności jej midgardzkich kryptonimów z tym, jak teraz rzeczywiście była nazywana.
Opowiedziała mu o swoich zmartwieniach. Zapytała, co symbolizują zmiany zachodzące w jej wyglądzie i zachowaniu. Nie powiedziała mu tylko o tym, że znowu czuje w sobie czyjąś moc. Że je oczy coraz częściej znów stają się czarne.
W tym czasie Kłamca przybierał na sile. Sigyn karmiła go (co prawda niezbyt pożywnie, bo jedyną rzeczą, jaką dysponowała, były roślinki) i dawała mu pić. Cały czas trzymała nad jego twarzą misę i zbierała do niej jad kapiący z paszczy węża. Raz na jakiś czas musiała wylewać zawartość, a wąż - wykorzystując ten moment - natychmiast pluł na Lokiego swoim kwasem.
Susan całowała rany na twarzy męża, a on uparcie twierdził, że naprawdę mu to pomaga.
Ręce bolały Sigyn niemiłosiernie. Z czasem zaczęła podpierać łokieć na piersi Kłamcy, żeby chociaż trochę ulżyć mięśniom.

Próbowała zmusić ciernie oplatające ciało Lokiego do zwiędnięcia. Jako władczyni żywiołów nie powinna mieć z tym problemów, ale na roślinę nałożone były zbyt potężne zaklęcia, by mogła sobie z nimi poradzić.

Próbowała też zabić jakoś węża. Raz nawet prawie go udusiła, ale ten ugryzł ją w palec, zmuszając do rozluźnienia uścisku. Ogień się go natomiast jakimś cudem nie imał.

W końcu bogini straciła cierpliwość. Rzuciła misą o skałę.
- Sigyn? Co ty robisz? - zapytał niepewnie Loki.
Spojrzała na niego z determinacją.
A potem przeniosła jaskrawożółte oczy na węża.
Gwałtownie zmieniła się w czarną wilczycę i skoczyła w stronę gada. Wbiła kły w jego cielsko, rzucając nim mocno w bok.
Poczuła ból w pysku. Tego się z resztą spodziewała. Tylko strach przed otruciem powstrzymywał ją od zlecenia zabicia węża Sheerze już na samym początku.
Wąż wygiął się na ziemi.
Wilczyca skoczyła i znowu go ugryzła. Jedną część jego ciała przytrzymała łapą, a drugą szarpnęła, tym samym rozrywając gada na pół.
Poczuła, że traci grunt pod nogami. Szybko zmieniła się z powrotem w człowieka.
Jad rozchodził się po jej ciele. Kręciło jej się w głowie i widziała podwójnie.
Podeszła do Lokiego, zataczając się i upadając co chwila.
Mężczyzna coś do niej krzyczał, ale nie rozumiała jego słów.
Ostatkami sił chwyciła się oplatających jego ciało cierni i wyrwała je z podłoża, sama zdziwiona swoją siłą.

Zachwiała się i poczuła, że upada.
Ostatnie, co poczuła, to zimna skóra rąk, które ją złapały i jeszcze zimniejszy odcisk warg na jej czole.

******************************************************************
Dzień dobry Pańswtu, witam serdecznie.
Na początku przepraszam za opóźnienie w pisaniu. Niestety, "Król Edyp" (bardziej jak Edup) sam się nie przeczyta, a genetyka molekularna sama się do łba nie wtłoczy. A szkoda.
Także no. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie :)

Czekałam na ten rozdział odkąd tylko wykminiłam, że Susan będzie Sigyn. Dla osób niezaznajomionych z mitologią nordycką zamieszczam informację, że scena zbierania jadu węża przez Sigyn do misy, którą bogini trzyma nad twarzą Lokiego jest symbolicznym i jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów w tej mitologii.

Jak co rozdział wspomnę, że Ragnarok zaraz będzie. Progozuję wszem i wobec, że za jakiś jeden - dwa rozdziały. Także róbcie konserwy i szykujcie piwnice, żebyście się gdzie chować mieli.
(Co prawda tak na serio Ragnarok miał być niecałe dwa lata temu i nie było, ale kij z tym).

Dodatkowa informacja: kóniec z dodawaniem linków do muzyki. Jest to dość nieporęczne dla osób czytających z telefonu, więc dodam po prostu playlistę w tle, tak jak to było na moim poprzednim ff. Nie mam co prawda pewności, że to rozwiązanie będzie działać na telefonie, ale... no. Przynajmniej muzyczka będzie leciała przez cały czas czytania bloga, a nie tylko przez pięć minut.

Planuję też zmienić szablon, bo ten jest syfiasty. Obawiam się, że już mi nigdy żaden tak nie wyjdzie jak ten z Lily Collins jako Susan *płacze w kącie*.

No dobra. Ja zmykam, bo zaraz będzie jutro. Papa :*


piątek, 11 września 2015

10. Frost Queen of Frost Hell.

It's like an avalanche
I feel myself go under
Cause the weight of it's like hands around my neck
I never stood a chance
My heart is frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

https://www.youtube.com/watch?v=BpmJh2CjSIA

********


- Wasza Wysokość. - Usłyszała charczący, nieprzyjemny głos. - Jesteś gotowa?
Sigyn spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Jej oczy, dawniej ciemnoniebieskie, teraz z każdym dniem przybierały coraz bardziej i bardziej lodowy kolor. Jej twarz była coraz chudsza, a skóra stała się niemal mlecznobiała.
Zapomniała też już o blondzie dawniej zdobiącym jej włosy.
Odkąd zabiła Baldura, jej włosy stopniowo zmieniały się na ciemniejsze.
Teraz miały kolor ciemnej czekolady i najwyraźniej nie miały zamiaru na tym poprzestać.
Usta miała zabarwione ciemnofioletowym pigmentem z lekką domieszką burgundy, oczy podkreślone ciemnymi cieniami.
Wyglądała strasznie. Ale nie w złym tego słowa znaczeniu. "Strasznie" w znaczeniu budzącym szacunek. Strach, ale nie przed jej wyglądem, a przed tym, co może zrobić.
Na szyi miała kolię z diamentów i szafirów, pasującą do kolczyków i pierścieni.
Spojrzała na swoją suknię.
Uszytą z uformowanej w kwiaty koronki naszytej na lodowoniebieski materiał, przylegająca na górze i luźna w spódnicy. Z długim rękawem, na którym - tak samo jak na spódnicy - koronka przerzedzała się, odsłaniając jej chude ramiona. Dekolt z przodu sukni odsłaniał jej obojczyki, a z tyłu łopatki.

Skinęła na stojącego za nią Lodowego Olbrzyma.
Ten podszedł i nałożył na jej ramiona wilcze futro, spinając je na jej klatce piersiowej.

- Proszę za mną, pani.

Poszła.
Po jakimś czasie znalazła się w korytarzu utworzonym ze stojących po obu stronach ścieżki Lodowych Olbrzymów.
Powolnym, dostojnym krokiem ruszyła wzdłuż tłumu. Olbrzymy stojące w pierwszych rzędach zaczęły rytmicznie uderzać o ziemię trzymanymi w rękach berłami, powoli przyspieszając.
Sigyn czuła, jak jej serce dostosowuje się rytmem do tego dźwięku.

Stanęła przed tronem. Jeden z zebranych machnął lekko dłonią. Jej stopy zostały otoczone lodem, który przeniósł ją tuż pod normalnie będący poza jej zasięgiem tron.

Odwróciła się do swoich poddanych ze spokojem na twarzy.

Usiadła na tronie.

Jeden z Olbrzymów podszedł do niej i nałożył na jej głowę koronę zrobioną z sopli lodu.

Dźwięk uderzających o lód bereł natychmiast ustał.
Sigyn uśmiechnęła się lekko do siebie, kiedy uświadomiła sobie, że teraz rzeczywiście stała się Królową Śniegu.
Pseudonim nadany jej przez Hydrę przestał być pseudonimem. Stał się prawdą.

Stojący koło niej Olbrzym przemówił:
- Klęknijcie przed Lodową Królową, Władczynią Lodowego Piekła.

Wszyscy klęknęli.

***

- Przygotować wszystkie wojska, najwyższy stopień zagrożenia - zarządził Thor odbierając miecz od rycerza i wkładając go do przypiętej do pasa pochwy.
Do Sali Tronowej wpadł posłaniec. Dyszał ciężko, a w ręku trzymał rolkę pergaminu.
- Wszechojcze - wysapał. - Mamy wiadomość od szpiega z Jotunheimu.
Thor pobladł. Jotunheim nie kojarzył mu się zbyt dobrze.
- Tak?
- Lady Sigyn została koronowana na ich Królową.

***

- Pani. - Hel dygnęła wchodząc do komnaty Sigyn. - Nie przeszkadzam?
- Nie, wejdź - Odpowiedziała Susan. Siedziała na zdobionym krześle postawionym przy oknie. Wyprostowana jak struna i zamyślona.
Kiedy bogini śmierci podeszła bliżej, Sigyn wstała i odwróciła się w jej stronę.
- Czy teraz wreszcie możesz mi to wszystko wyjaśnić? - zapytała.
Hel spuściła wzrok. Opuściła kaptur ukazując szarą, poranioną, w niektórych miejscach odsłaniającą szczękę połowie twarzy. Sigyn nie odwróciła wzroku.
- Czekam, Hel. Mam prawo wiedzieć. Oczywiście o ile to, co mówisz, jest prawdą.
- To jest prawda. Jesteś naszą matką.
- W takim razie kiedy was rodziłam? Nie przypominam sobie porodu żadnego z was, a to raczej nie należy do łatwych do zapomnienia momentów.
- Nie urodziłaś nas. My nie zostaliśmy zrodzeni, tylko stworzeni. Zaraz po tym, jak wzięliście ślub, Loki stworzył nas z twojej i jego krwi. To skomplikowany magiczny proces, nie będę ci teraz dokładnie tłumaczyć, na czym polegał, bo sama nie mam pojęcia. Działa dokładnie tak, jak zwykłe przychodzenie na świat, tylko że bez udziału matki. To znaczy, mam na myśli to, że dokładnie tak samo wygląda mieszanie genów i cech, ale dzieci nie kształtują się w łonie, tylko na poczekaniu. Loki stworzył najpierw Jormunganda. Jest najsilniejszy i ma ważną, choć nie najtrudniejszą rolę. Musi zniszczyć Midgard. Potem stworzył mnie. Ukształtował nas tak, żebyśmy wglądali, jakby było między nami kilka lat różnicy. Moim zadaniem jest poprowadzić potępionych na wojnę.
Na końcu powstał Fenrir. Z nas wszystkich najmniej wygląda na wasze dziecko. Ma czarne oczy, a przecież...
- W mojej rodzinie prawie wszyscy mieli czarne oczy i włosy. Jestem jedną z niewielu.
- A no to się zgadza. W każdym razie, Fenrir ma najważniejsze zadanie.
- Jakie?
Hel uśmiechnęła się półgębkiem.
- Ma zabić Odyna.

***
 Sigyn siedziała na tronie rozmyślając o tym, co powiedziała jej Hel.
Podszedł do niej jeden z Olbrzymów. Uklęknął na jedno kolano.
- Wasza Wysokość, przyszedłem zapytać, czy masz jakieś życzenia lub rozkazy.
Sigyn patrzyła chwilę w jego oczy, po czym odpowiedziała:
- Tak. Macie znaleźć mojego męża.
***

- Macie ją natychmiast znaleźć i przyprowadzić do mnie. Tylko nie róbcie jej krzywdy. Ma tu przyjść na własnych nogach, bo jeśli ją tkniecie, to was Olbrzymy was zabiją. Powiedzcie, że chcę z nią porozmawiać o pokoju. Spieszcie się.
- Tak jest, Wszechojcze. A tak, panie, jeszcze jedno. Dostaliśmy wiadomość ze Svartalfheimu. Mroczne Elfy opowiedziały się po stronie Królowej Jotunów, a w Niflheimie widziano widmo Nagelfaru sunące po Morzu Gwiazd. Czy życzysz sobie, żebyśmy zamknęli wodne granice?
- Tak. Zamknijcie je i pilnujcie ich. I zacznijcie wysyłać wojska do Midgardu. jego mieszkańcy są bezbronni, a obawiam się, że to tam Sigyn uderzy najpierw.
-Nie zrobiłaby tego - wtrąciła się Jane. - Przecież... przecież to jej dom.
- Po tym wszystkim, co nam zrobiła, nadal wątpisz, że może coś zrobić? - Thor był poddenerwowany i zamyślony. Jane coraz częściej go takim widziała, co nie za bardzo jej się podobało.
- Tak, wątpię. Zmieniła się w potwora, ale jednego nie będzie w stanie zrobić. Nie zniszczy miejsca, w którym się wychowała.
- Ona nie jest sobą! - Krzyknął Thor. - Loki włada jej duszą zmuszając ją do robienia tych rzeczy, jestem tego pewien. Może prawdziwa Susan miałaby skrupuły, ale nie Susan z Lokim w głowie. Nie Sigyn.

***

Susan patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Ostatnio często to robiła, ale nie z próżności, tylko ze strachu. Widziała, jak się zmienia. Zamknęła oczy skupiając się na tym dziwnym uczuciu, które ostatnio ją wypełniało. Uczuciu, które znała. Którego już kiedyś doświadczyła, kiedyś, dawno temu. Jakby w innym życiu.
Jej powieki podniosły się. To, co zobaczyła, nie zdziwiło jej. Coś wewnątrz jej głowy, bardzo, bardzo głęboko, spodziewało się takiego widoku.
Spodziewało się czerni zalewającej całe jej oczy.

********************************************************************8
Dzisiaj krótko, bo niestety muszę dzielić tekst zgodnie z fabułą, i żeby nie zrobić pół Ragnaroku w jednym poście, a drugie pół w drugim.
Przepraszam też, że długo mnie nie było, ale wiecie - szkoła.
'One does not simply walk into Mordor and write fanfiction at the same time. '
... czy jakoś tak.

W ankiecie zadecydowaliście, że po Ragnaroku chcecie dalej czytać o losach Susan. Po tym, jak już wszystko się pierdyknie. Ostrzegam, będzie bardzo mrocznie i mam zamiar połamać Wam serca, sorry. Wasz wybór. :D
Żartuję, nie będzie aż tak mrocznie.
Z łamaniem serc nie żartowałam.
Do następnego :*






sobota, 8 sierpnia 2015

9. At your command.

https://www.youtube.com/watch?v=Ow_qI_F2ZJI

So you can throw me to the wolves
Tomorrow I will come back
Leader of the whole pack.
Beat me black and blue
Every wound will shape me
Every scar will build my throne.

The sticks and stones that
You used to throw have
Built me and empire.


***

...ale tego nie zrobił.

Duma mu na to nie pozwoliła. Przez butę i arogancję skazał się na wieczne cierpienie. Brawo on.
Pierwsza kropla jadu zawisła nad jego twarzą. Odchylił głowę najdalej, jak pozwoliły mu na to okalające ją gałęzie i ciernie. Żrący płyn opadł na jego policzek, a Loki zawył z bólu wyginając plecy w łuk. Zacisnął zęby i stłumił krzyk.

Zapowiadał się świetny dzień.
I następny.
I następny.
I nas-cholera-jasna-tępny.

***

- Servia znajduję się w Niflheimie, w Platynowej Twierdzy. Heimdall nie wie, że to ty pytasz, tak jak prosiłaś.
- Dobrze. Teraz wyciągnij jakąś kartkę i pisz, co ci powiem.
- W porządku.
- Mitt navn er Sigyn, jeg er hans kone Loke og motbeviste dronningen av Asgard. Jeg finner meg selv i fengsel i Asgard, fortalte Loki meg å trekke denne saken for deg. Angivelig du vet hva du skal gjøre med det. Hjelp meg. Vi har ikke tid. - Sigyn dyktowała powoli, tak, by Jane mogła nadążyć z pisaniem.
- Skończyłam. Co to znaczy?
- Nic ważnego. Zwykłe odnowienie kontaktów, pytanie o zdrowie i te sprawy. Musiałam użyć jej języka, bo innego nie zna. - Susan wypuściła spokojnie powietrze z płuc. - Wyślij to do niej, bardzo cię proszę. Użyj mojego kruka, wystarczy, że powiesz mu adres. Trafi. Zrobisz to dla mnie?
Jane kiwnęła głową. Nawet nie zastanawiała się nad odpowiedzią. Sigyn jej na to nie pozwoliła.
- Nie ma problemu. Przepiszę tylko na czysto i zaraz wyślę.
- Dobrze. W takim razie... Jak przepiszesz, to pamiętaj, że wersja, której nie wyślesz, musi zostać zniszczona.

***

- Ej, to chyba nie jest zbyt normalne.
- Znaczy co?
- No trzęsienie. Znaczy trzęsienie jak trzęsienie, czasem się trafi, ale nie trzecie w przeciągu trzech dni. Nie tu. Nie żyjemy na połączeniu żadnych pieprzonych płyt tektonicznych.
- Dobra, Clint, spokojnie. Może to przez... wiesz. Globalne ocieplenie.
- Co może mieć globalne ocieplenie do trzęsienia ziemi? - Zaperzył się Hawkeye.
- Tony po prostu nie dopuszcza do siebie jednej myśli - wtrącił się Fury.
- Zamknij się - burknął Stark.
- Jakiej? - Zapytała Natasha.
Przez chwilę nikt jej nie odpowiedział. W końcu Steve zdecydował się zabrać głos.
- Że właśnie rozpoczęło się interludium do Ragnaroku.

***

Servia usłyszała krakanie. Wyszła na balkon. Na balustradzie siedział ogromny, niemal nienaturalnie czarny kruk. Podeszła do niego. Ptak wystawił nogę w jej stronę, a ona odwiązała przyczepioną do niej karteczkę.
Przeczytała jej treść. Była napisana w staronorweskim, ale z kilkoma słowami, których znaczenia mogła się tylko domyślać. Brzmiały one podobnie do tych, które znała, ale ich pisownia była zniekształcona, jakby... unowocześniona. 
No tak, pomyślała. Przecież Lodowa Królowa nie może znać tego języka. Król na pewno nauczył ją nowej, bardziej przydatnej wersji. 
Z resztą nieważne, upomniała siebie samą.
Ważne jest jedno.
Królowa prosiła o pomoc.

Servia ruszyła w stronę Głównej Sali, w której jej podopieczni właśnie spożywali posiłek.
Kiedy weszła, książęta spojrzały na nią.
Kobieta skłoniła się.
- Wasze Książęce Mości - zaczęła nie mogąc opanować podekscytowania. - Nadszedł czas, byście spełnili swoje przeznaczenie.

***

Minął miesiąc. Pełen miesiąc na dwudziestu metrach kwadratowych. Pełen miesiąc pogardy i najgorszego możliwego traktowania. Pełen miesiąc udawania, że wszystko jest w porządku i dumnego trzymania głowy. 
Głowy, na której kiedyś była korona.
Trzydzieści dni była zamknięta w celi. Dwadzieścia dwa dni czekała na odpowiedź od tej całej Servii. 
I nic. 
Aż do teraz.

***

- Pospiesz się, sieroto. Nie mamy całego dnia - powiedziała ubrana na czarno dziewczyna, opatulona za dużym kapturem zasłaniającym prawie całą jej twarz. Zwracała się do czarnowłosego chłopaka, może parę lat młodszego od niej. 
- Jesteś moją siostrą, więc nazywając mnie sierotą, nazywasz tak także siebie samą.
- Smarki, zamknąć się. Jesteśmy tu po kryjomu - do rozmowy wtrącił się wysoki, dobrze zbudowany blondyn o wężowych oczach i pociągłej, mrocznej twarzy. Najstarszy z rodzeństwa. 
- Sam jesteś smark. - Dziewczyna i młodszy chłopak warknęli niemal równocześnie.
Wężowy wywrócił oczami i obydwóch zdzielił lekko po głowach.
- Idziemy. Królowa czeka.

***

Heimdall poczuł, jak włoski na karku powoli mu się podnoszą. Odwrócił się, a jego wszystkowidzące oczy zamgliły się szukając osoby, która wywołała u niego tą reakcję. 
W głowie ufromował mu się obraz trzech młodych, ubranych w szaty z kapturem ludzi. 
Grupka natychmiast wzbudziła jego obawy. Byli dziwni.
Kobieta miała twarz ukrytą za ogromnym kapturem. Była średniego wzrostu, a spod płaszcza kaskadą spływały jej po ramionach długie, bardzo ciemne włosy. 
Obok niej szedł mężczyzna o jasnobrązowych, lekko złocistych włosach. Miał groźną, gadzią twarz i lodowatoniebieskie oczy. Był najwyższy i, zdaje się, najstarszy z trójki. Jego twarz zdobił kilkudniowy, starannie przycięty zarost. Wyglądał na silnego.  
Trzeci z nich wyglądał najgroźniej. Miał czarne włosy i - o ile to możliwe - jeszcze ciemniejsze oczy. Jego twarz była niemal cała ogolona na gładko. Niemal, bo nad ustami zapuścił krzaczaste wąsy, które prawdopodobnie nie pasowałyby do żadnej innej urody niż jego. Nadawały twardości i powagi jego młodzieńczemu wyglądowi. 
Heimdall nie był pewien co do kobiety, ale mężczyzn bez wahania uznał za braci. Chociaż byli zupełnie inni, mieli w sobie coś, co kazało mu tak myśleć. Nie wiedział co. Może kości policzkowe. Wysokie i wyraźne, takie, które mogłyby ciąć papier. Takie, które gdzieś już kiedyś widział, ale nie mógł przypomnieć sobie gdzie, co bardzo go martwiło. 

Trójka szła lekko pochylona, skradając się w kierunku pałacu. Heimdall podbiegł do podestu na środku    "przedpokoju", jak kulistą salę, z której otwierano Bifrost nazywali niektórzy bogowie.

Włożył miecz do przeznaczonego do tego otworu odblokowując Tarczę Asgardu.
Wokół pałacu zaczęła rosnąć złota kopuła.
Heimdall zaczął znów szukać myślami podejrzanej trójki. 
Jego serce niemal stanęło, kiedy nigdzie ich nie znalazł.

***

- Ukryjcie Jane. Zwielokrotnijcie liczbę żołnierzy pełniących warty. Zabezpieczcie lochy. I przede wszystkim, znajdźcie ich. - Thor był bardzo zaniepokojony pojawieniem się intruzów w Asgardzie. Normalnie nie zareagowałby tak gwałtownie, ale teraz stali na progu Ragnaroku i jako władca Dziewięciu Światów nie mógł pozowolić sobie na jakiekolwiek niedopatrzenie. - Heimdallu, co udało ci się ustalić?
- Niewiele, panie. Było ich trzech. Dwóch mężczyzn i kobieta. Później dostrzegłem jeszcze jedną, schowaną w lesie. To była... Zaraz. To ta, o którą pytała mnie Jane. 
Thor spojrzał na ukochaną marszcząc brwi.
- Jane?
Kobieta przez chwilę nie odzywała się. Dopiero po chwili powiedziała:
- Kontaktowałam się z Servią, moją przy... Przyjaciółką.
- Masz przyjaciółki w Niflheimie? - Zapytał podejrzliwie Thor. 
Jane Foster znowu zamilkła na jakiś czas, po czym rozpłakała się.
- Przepraszam, to wszystko moja wina. Servia to przyjaciółka Susan, nie moja. Nigdy się nie widziały, ale korespondowały i Susan chciała tylko wysłać list... Przepraszam, naprawdę.
Thor przytulił Jane, ale jego twarz była surowa.
- Dlaczego to zrobiłaś, Jane? Susan jest w tej chwili naszym najniebezpieczniejszym więźniem! Skąd wiesz, kim jest ta Servia? Może Susan cię oszuk...
- Nie! Nie zrobiłaby tego. 
- Nie bądź głupia - przez Salę Tronową przebiegła grupka Einherjarów. - Sigyn jest potężna i zdaje się, że jej nie docenialiśmy. Jest bardzo mądra i dobrze wie, jak zamotać w głowie bezbronnym, dobrym ludziom. Co ci w zamian obiecała? Materiały do badań?
- Nie... - Jane zarumieniła się i spuściła wzrok. - Obiecała, że... 
- To nie jest teraz ważne - wtrąciła się Sif. Ważne jest to, co było w tym liście.
- Było po norwesku - powiedziała Jane. - Zdaje się, że mam jeszcze to, co mi podyktowała.
Wyciągnęła kartkę z kieszeni sukni.
- Kazała mi to zniszczyć, ale zapomniałam. - Pokazała kartkę Thorowi. Volstagg, Fandrall, Hogun, Heimdall i Sif oblegli ich, żeby zobaczyć treść listu.
Kiedy skończyli czytać spojrzeli po sobie, a w ich oczach malował się strach.
- I co? Co tu jest napisane? - Zapytała Foster.
Thor zwrócił wzrok w jej stronę.
- Że pisze do niej na prośbę Lokiego. Że jest obaloną królową Asgardu i że potrzebuje pomocy. I... I że nie mają już czasu.
Jane pobladła, a Fandrall krzyknął do Einherjarów:
- Zbierzcie pięć tuzinów ludzi i biegnijcie do lochów. Ona nie może uciec.

***

Sigyn leżała z przymkniętymi oczami na ciemnozielonej, w miarę wygodnej kanapie bardzo przypominającej leżaki w gabinecie psychiatrycznym.
Usłyszała hałas. Jakby ktoś się bił.
Wstała i podeszła do bariery. Zobaczyła trójkę zakapturzonych ludzi idących w jej stronę szybkim krokiem. Dwóch mężczyzn zostało kawałek dalej, a kobieta podeszła do jej celi.
- Czy ty jesteś Sigyn, bogini wierności i pani żywiołów? - zapytała. Jej głos brzmiał jak wycie wiatru podczas śnieżycy.
- Tak. A o co chodzi? I kim ty jesteś? 
- Teraz to nieważne. Za chwilę pojawi się tu stado Einherjarów i wszystko pójdzie na marne. Przyszliśmy, aby cię uwolnić, pani.
Sigyn serce podskoczyło do gardła. 
Wreszcie.
- Jesteście od Servii, tak? - Zapytała Susan, kiedy kobieta zaczęła zdejmować barierę. Pole siłowe gniło i rozpadało się pod jej spojrzeniem, opadając coraz niżej. 
- Servia się nami opiekowała - przytaknęła dziewczyna. - Czekaliśmy tam na naszych rodziców. -  Susan zauważyła, że pół jej twarzy jest poorane bliznami. Gdzieniegdzie przypalona, osmalona skóra odchodziła małymi płatami. Wzdrygnęła się. 
- Kim są wasi rodzice? - zapytała.
Nikt jej nie odpowiedział. Ciemnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się tylko, używając do tego zdrowej części twarzy.
Jeden z mężczyzn, ten czarnowłosy, podszedł i podał jej rękę, kiedy wychodziła z celi. Pomógł jej zeskoczyć z podestu, na którym się znajdowała. 
Susan spojrzała mu w oczy. Oczy, które znała. Oczy Starków, pomyślała. W jej rodzinie było tylko parę osób, których oczy nie były smolistoczarne. 

Usłyszeli dźwięk dziesiątek stóp. Einherjarzy już po nich biegli.
- Chwyć mnie za rękę! - Powiedziała dziewczyna.
- Moment. Muszę coś jeszcze zrobić.
- Pani, nie! - Krzyknął czarnowłosy. - Nie mamy czasu!
Chwilę potem Susan podbiegła do nich i złapała za nadgarstek kobiety.

W momencie, kiedy wrota lochów rozwarły się, Sigyn i trzech intruzów już nie było.

***

Fandrall podbiegł do największej celi, przeznaczonej dla wrogów politycznych. Celi, w której kiedyś swoją karę odbywał Loki, a teraz Sigyn.
Zatrzymał się i opuścił ręce. Cela pozbawiona była bariery, a wewnątrz nikogo nie było. 
To przeraziło Fandralla, ale nie tak, jak to, co dostrzegł ułamek sekundy później.

Ścianę lizały płomienie układające się na kształt ogromnych skrzydeł, a jęzory ognia przeplatane były kryształkami lodu.

***

Sigyn podniosła się z ośnieżonej ziemi otrzepując cienką suknię. 
- Gdzie jesteśmy? - zapytała.
- W Jotunheimie, pani.
Susan jęknęła ze zrezygnowaniem. 
- Jak się tu dostaliśmy?
- Przeniosłam nas. Tak jak ty władasz żywiołami, ja władam czasem i przestrzenią. 

Przez ścianę padającego śniegu Susan zauważyła jakąś dużą postać zmierzającą w ich stronę. 
Podniosła się, gotowa do ataku. Chwilę później zobaczyła, że nieznajomy jest Lodowym Olbrzymem. Trochę odechciało jej się walczyć. Była słaba. Mogła walczyć z kimkolwiek, ale nie z Olbrzymem. Nie teraz.
Okazało się, że całe szczęście nie będzie musiała walczyć.
- Kim jesteście? - zapytał stwór.
- Żniwiarzami Ragnaroku. Przyprowadziliśmy Królową - powiedziała ciemnowłosa dziewczyna.
To "przyprowadziliśmy" nie spodobało się Sigyn. Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Olbrzym padł przed nią na kolana, chyląc głowę.
- Wasza Wysokość - powiedział z największą pokorą. 
Sigyn spojrzała zdziwiona na tych, którzy przed chwilą nazwali się Żniwiarzami. 
- O co mu chodzi? - zapytała. 
- Pani - odezwał się Jotun. - Jego Wysokość Loki, pierworodny syn Laufeya Wielkiego jest naszym królem, a ty, Wasza Miłość, jako jego żona, jesteś naszą Królową. Jesteśmy na twoje rozkazy.
Twarz Sigyn nie wyrażała niczego oprócz głębokiego szoku. Ona? Królową Jotunów?
- Chodźmy - po raz pierwszy odkąd go poznała odezwał się brunet z zarostem. - Jeszcze dzisiaj musi odbyć się koronacja. 
- Chwila - zatrzymała się Frozen. - Najpierw powiecie mi, kim jesteście.
Jej wybawiciele cofnęli się powoli w jej stronę.
Kobieta z poranioną twarzą powiedziała:
- Ja jestem Hel, bogini śmierci. To jest Jormungand, wąż Midgardu - powiedziała, wskazując na bruneta. - A to - pokazała na czarnowłosego - jest Fenrir, król wilków. Jesteśmy twoimi dziećmi.

***********************************************

Notka od autora: 

BOOYAH.
Loki i Sigyn: 1
Thor i reszta: 0

:)

środa, 22 lipca 2015

8. Wolf, Snake and Princess of Death.

Sigyn wróciła do Asgardu w podłym nastroju. Dopiero teraz, kiedy nikt jej nie widział, dała upust swoim emocjom: przybrała nadętą minę i na wszystkich mijanych patrzyła spode łba.

Przy bramie wejściowej do pałacu została zatrzymana.
- Wasza Wysokość.
- O co chodzi? Nie mam czasu - powiedziała, wymijając strażników i wchodząc na dziedziniec.
jeden z Einherjarów chwycił ją za łokieć i pociągnął.
- Wasza Wysokość, mamy rozkaz natychmiastowego zaprowadzenia cię do Sali Tronowej.

***

- Nie rozumiem o co ta cała farsa. A jeszcze bardziej nie rozumiem, dlaczego siedzisz na tronie. Moim tronie.
- Dowiesz się, kiedy twoja żona się zjawi. Nie będę wam tego tłumaczył z osobna.

Słowną przepychankę Lokiego i Thora przerwało otwarcie się drzwi do sali. Strażnicy wprowadzili lekko wyrywającą się Sigyn, na widok czego Loki grzecznie wytłumaczył im, co ich za to czeka.

Einherjarzy popchnęli Susan w stronę tronu tak, że upadła na kolana. Spojrzała na Thora wilkiem, a Loki ją podniósł.

Strażnicy odeszli.

- Wczoraj wieczorem widziałem się z ojcem - zaczął Thor wstając z tronu. - Wytworzył iluzję, przez którą poinformował mnie o waszych planach.
Loki i Susan równocześnie zmarszczyli się tak, jak robią to ludzie, którzy patrzą na niemogącego wysłowić się idiotę.
- Ojciec powiedział, że... eee... muszę was unieszkodliwić. Kurde, źle to zabrzmiało. - Podrapał się w głowę - W każdym razie... Straże!
Do Sali Tronowej wbiegło stadko Einherjarów. Dwóch chwyciło Lokiego, zakładając mu kajdany z dwimerytu, a trzech kolejnych podbiegło do Sigyn. Jeden z nich trzymał w gotowości długą włócznię.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnął Loki. - Każ im ją puścić.
Jego głos był niski i groźny, ale nic nie zdziałał.
- Przykro mi. Ona jedyna może ci pomóc. A tego właśnie chcemy uniknąć.

Strażnicy zaczęli odciągać Lokiego.

- Znajdź Servię - powiedział cicho tuż zanim strażnicy zabrali go dalej.

Susan nie miała pojęcia, kto to Servia, ale i tak przytaknęła.

Nagle przeszedł ją silny dreszcz. 

Kiedy Einherjarzy zorientowali się, co robi, zamarli. Nie wiedzieli, czy być dobrymi poddanymi i trzymać ją dalej, czy ratować dupy i spierniczać jak najdalej. 

Wybrali drugą opcję. 

Dokładnie w momencie, w którym odskoczyli, na miejscu Susan pojawił się czarny wilk.

Loki zaśmiał się szaleńczo, jednocześnie pokazując Thorowi pewien palec. Tak, dokładnie. Ten palec.
Wilczyca szczeknęła i rzuciła się w stronę Kłamcy. 

Ale, jako że był on już trochę daleko, a Sala Tronowa była bardzo długa, nie było jej dane dobiec. 

Thor wstał, wycelował w Susan z królewskiego berła i wystrzelił. Kiedy wiązka tego czegoś, czym strzelało berło, cokolwiek tam ten cholernik Odyn zainstalował, zetknęła się z ciałem wilczycy, zwierzę zaskomlało rozpaczliwie i padło bezwładnie na ziemię. 

W krzyku, który wydobył się z gardła Lokiego słychać było wściekłość i żal. Mężczyzna zaczął jeszcze bardziej miotać się, usiłując uciec z uścisku Einherjarów. Wiedział, że i tak nic już nie może zrobić. 

Zabrano go najpierw do odizolowanego lochu. Tam każdy z zebranych Einherjarów mógł się na nim powyżywać, korzystając z jego niemożności rzucania zaklęć.
Pobitego i połamanego zabrano daleko pokażą Asgard, do ogromnej, ciemnej jaskini.

Tam przywiązano go do skały, a nad jego głową umieszczono węża, którego jad miał sączyć się ma twarz Lokiego już zawsze. Taki przynajmniej był plan.


W tym samym czasie Sheera została zaprowadzona do podziemi. Po drodze, ku rozpaczy strażników, zdążyła wrócić jej przytomność. 

Einherjarzy wepchnęli wilczycę do lochu. Ta obróciła się gwałtownie i skoczyła w ich stronę. Tuż przed jej nosem wytworzyła się jednak bariera, po zetknięciu z którą wilczyca natychmiast zmieniła sie z powrotem w Sigyn. Suknia kobiety zafalowała (zgodnie z prawem bezwładności, tak na marginesie). Widząc spojrzenie stojącej tuż przy polu siłowym, górującej nad nimi bogini strażnicy oddalili się w pośpiechu. 

Susan odeszła od bariery i przyłożyła chude dłonie do twarzy. Impreza, którą zorganizowała, powoli przestawała jej się podobać.

***

Sigyn spędziła w lochach kilka dni, zanim ktoś wreszcie ulitował się i ją odwiedził.

Z początku usadowiona w kącie Susan nie zwracała uwagi na swojego gościa. Słyszała kroki zatrzymujące się pod jej celą, słyszała lekko przyspieszony oddech. 

Zareagowała dopiero, kiedy rozpoznała łagodny, cichutki głos Jane.
- Susan?

Sigyn odwróciła się i wstała, powoli podchodząc do bariery. 
Jane uśmiechnęła się smutno.
- Jak się czujesz? - zapytała. Bogini zlustrowała ją spojrzeniem.
- Powinnam raczej ciebie o to zapytać - odpowiedziała uśmiechając się.
Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.
Susan schyliła się, żeby jej twarz mogła znajdować się na równi z twarzą Jane.
- Myślisz, że nie wiem? Jestem psem, mówiąc dobitnie. Wyczuwam takie zmiany.
- Tylko nie mów Thorowi, błagam - jęknęła Foster. - Jeszcze mu nie powiedziałam. - Zarumieniła się.
- Nie powiem... - Jane odetchnęła. - ...pod jednym warunkiem.
Ulga w oczach Ziemianki zmieniła się w panikę.
- Będziesz musiała coś dla mnie zrobić.
- Oczywiście. 
Zapał w głosie dziewczyny doprowadził Susan do śmiechu. W duszy śmiała się jednak z czegoś jeszcze: z głupoty Jane. Niby jak Sigyn miałaby o czymkolwiek powiedzieć Thorowi siedząc w lochach, bez kontaktu z kimkolwiek

W razie, gdyby jednak rozum Ziemiance wrócił, Susan zdecydowała się użyć trochę swoich nowych zdolności.

Wiele lat temu, jeszcze zanim Susan została zwerbowana przez Hydrę, miała ona pewną zdolność. 
Urodziła się jako mutantka. Mogła kontrolować umysły znajdujących się w jej otoczeniu ludzi. Zmuszać ich do robienia, co chce. Kiedy trafiła pod opiekę Restlessa i Lacroixa, ta umiejętność okazała się dla nich problemem. Bo jak okiełznać kogoś, kto jednym spojrzeniem może zmusić cię do robienia fikołków w tył?
Lacroix zebrał najlepszych genetyków, psychiatrów i neurochirurgów, jacy chodzili w tamtym czasie po Ziemi, i jacy byli wystarczającą łasi na pieniądze, by dać się przekupić. Nakazał im usunąć wszelkie wrodzone mutacje z organizmu Susan.
Kiedy to zrobili, w zamian zamontował jej Sheerę.

Teraz, dzięki pomocy Lokiego, Susan udało się nie tylko odzyskać, ale też wzmocnić naturalne moce: Kłamca nauczył ją, jak zadawać ból spojrzeniem.

Sigyn przyjrzała się Jane, delikatnie, tak, by nic nie zauważyła, mieszając jej w głowie.
- Chciałabym, żebyś zdobyła dla mnie pewną informację. Oczywiście bez wspominania nikomu, że to ja cię o to prosiłam.
- Jaką konkretnie?
- Już ci mówię. Idź do Heimdalla i zapytaj go o miejsce pobytu Servii.
- Kogo?
- Servii. To moja... przyjaciółka. Korespondowałam z nią przez jakiś czas, ale nigdy się nie spotkałyśmy, więc nie mogę powiedzieć ci, jak wygląda.
- Heimdall będzie wiedział, o którą chodzi?
- Jestem prawie pewna, że za dużo kobiet o jej imieniu nie ma w dziewięciu światach - uśmiechnęła się.
- W porządku.
- Jakby ktoś pytał, to ty pisałaś do niej listy i to jest twoja przyjaciółka. To nie ma nic wspólnego ze mną. I pod żadnym pozorem nie mów Thorowi.
- Nie ma sprawy. A co potem?
- Zobaczysz.

***

Loki jęknął, kiedy Einherjar szarpnął za jego ramię, omal nie wyrywając mu go z barku, i przywiązał je do grubego konara jakiejś pieprzonej wyrośniętej tarniny.
Poczuł, jak ogromny kolec rośliny rozrywa mu skórę na żebrach, ale tym razem nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Odetchnął, kiedy ręce Einherjara puściły jego ramię, a ich właściciel odszedł parę kroków.
Wiedział, że przerwa jest chwilowa.
Kątem oka zobaczył Skadi niosącą jakieś zawiniątko. Z początku miał coś jakby przebłysk nadziei. Z boginią łowów żył w jako takiej zgodzie, więc może...
Aaa, gówno tam. Kobieta patrzyła na niego z pogardą. Gładziła to przykryte jakąś szmatą coś, a Loki nagle uświadomił sobie, co to jest.
Jęknął i ze zrezygnowaniem opuścił głowę na kamień, na którym go umieszczono. Kolec zadrapał mu szyję.
Głupie kolce. Były wszędzie. Jedne przebijały mu ciało na wylot perfidnie korzystając z faktu, że to i tak Kłamcy nie zabije, a boleć poboli, inne ograniczały go po bokach.
Do tego ten smród.
Smród spalenizny. Bóg Jeden raczy wiedzieć skąd, jak to Susan mawia.

Skadi podeszła bliżej, tym samym fundując Lokiemu średnio fascynujący widok jej nogi. Co innego, gdyby to była noga Sigyn... no ale cóż.
Zdjęła płachtę z tego, co trzymała na rękach i umieściła to coś na gałęzi nad jego twarzą.
Kłamca podążył wzrokiem za jej dłońmi, obserwując długiego węża, który, jak tylko dotknął konaru, natychmiast przepełzł po nim, by rozłożyć się na kilku jego odnogach.
Gad zwiesił łeb w stronę Lokiego. Mężczyzna miał wrażenie, że w oczach zwierzęcia widzi pogardę. Pogardę zmieszaną z podłym, złowieszczym szczęściem.

Bogowie i żołnierze zaczęli wychodzić z jaskini. Miał ochotę krzyczeć i błagać, wołać, by się zlitowali...


***********************

Witam Państwa, mam nadzieję, że lektura się podobała :3
Jak widzicie, znajdujemy się na równi pochyłej, nieuchronnie i nieodwracalnie prowadzącej do Ragnaroku, czyli dnia szczęścia, tęcz i jednorożców.
Haha.
Ale to było suche.

No nic, drodzy Państwo. Jako pisarka z zamiłowania [czyli taka, która pisze, mimo że nie ma z tego żadnej kasy (chociaż w sumie mogłaby mieć, gdyby zainstalowała AdSence czy jakoś tak, ale za bardzo się boi, że jak poda numer karty, to ją Blogger oskubie)] kieruję do Was, moi drodzy Czytelnicy, pewną prośbę.
Kto czyta komentarze pod postami, ten wie, o co chodzi.
Otóż dostałam informację (za którą bardzo dziękuję), że w Internetach zadomowiła się pewna pani, która pisze sobie o Susan, Sheerze i Lokim i BUM, to nie jestem ja.

Przyznaję, że bardzo mądrze zrobiłam, nie włączając blokady kopiowania treści bloga, owacje mi się należą.

W każdym razie się bardzo zirytowałam, mówiąc językiem ładnym (bo tak naprawdę to określiłabym to zupełnie inaczej, ale nie chcę przeklinać przy ludziach), że jakaś... pani... wykorzystuje moją ciężką pracę w sposób najbardziej bezczelny z możliwych, czyli Kopiuj-Wklej Pogardy.

W związku z tym oto moja prośba: jeśli kiedykolwiek natrafiłybyście na tego bloga (nie mam pewności, czy jest to blog z identyczną, czy po prostu bazującą na mojej treścią postów) proszę, zablokujcie go, napiszcie "autorce", co o niej myślicie i pozdrówcie ją ode mnie.

Pamiętajcie, że ja nie odpuszczę. Niech sobie kopiuje, bo tak na dobrą sprawę to komplement, nie? Przecież gdybym słabo pisała, to by sobie pasożyt innego żywiciela znalazł. Więc no... dzięki :D

No i do napisania, z góry dziękuję :*

piątek, 3 lipca 2015

7. King and Queen of Asgard.


"Powiedzieć ci, dobry wiedźminie, kim są ludzie dobrzy? To tacy, którym los poskąpił szansy skorzystania z dobrodziejstw bycia złymi. Względnie tacy, którzy szansę taką mieli, ale byli za głupi, by z niej skorzystać." - Andrzej Sapkowski, "Sezon Burz"


https://www.youtube.com/watch?v=UqLRqzTp6Rk

Księżniczka podeszła do Servii. Wieszczka była przerażona faktem, jak szybko dzieci dorastają. W ciągu kilku miesięcy z małych kurdupli zmienili się we w pełni ukształtowanych młodych ludzi. Po raz kolejny przypomniało jej to, że nie ma do czynienia z normalnymi dziećmi, a z potworami.
Dwoje książąt i księżna zaczęli treningi. Najlepsi magowie i wojownicy ze wszystkich ośmiu światów (bo na Midgard w tych kwestiach nie ma co liczyć) szkolili ich, kształtując nieokiełznane moce i ucząc, jak z nimi żyć i jak je kontrolować.

Najgorsza była dziewczyna. Przerażająca, choć piękna twarz, czarne jak węgiel włosy, szaroniebieskie oczy, kościste, smukłe ciało... i moc. Moc zrodzona z dwóch krwi, lodowej i ognistej, krwi olbrzymów i bogów. Moc niezbyt efektowna, bez fajerwerków i nagłych wybuchów, ale potężna. Dająca władzę. Sprawiająca, że księżna była zarazem królową.

Co gorsze, księżniczka znała swoją wartość. Znała przepowiednie i wiedziała, co może. I z każdym dniem coraz częściej wykorzystywała to przeciwko innym.

Była najmłodsza z rodzeństwa. "Śródkowe" dziecko, śliczny, również czarnowłosy chłopak, sprawiał dużo przyjemniejsze wrażenie. Po prostu nie emanował takim zimnem jak siostra. Miał czarne, ogromne oczy, a wiadomo, że taki kolor tęczówek nadaje oku łagodności.
I wyrazu szaleństwa.
Chłopiec nie był szalony. Był spokojny i opanowany, tak jak jego rodzeństwo. I choć prezentował się jak obiekt topiący serca kobiet i wyciągający od nich swoją słodką buźką uściski, całusy i westchnięcia, wewnątrz był wcale nie lepszy od siostry.
Był zmiennokształtny. To było stałym zmartwieniem Servii. Jaką postać przybierze? jak na razie chłopiec mógł tylko zmieniać część swojej postaci. Całkowitą transformację w zwierze, które pozostanie z nim już do końca życia, przejdzie dopiero w dniu, w którym osiągnie dorosłość, kiedy jego charakter będzie już w pełni ukształtowany.

Najstarszy brat był inny. Owszem, stonowany, tak jak reszta, ale w mniejszym stopniu. Mógł tygodniami siedzieć cicho i ledwo się odzywać, by potem w ułamku sekundy dostać ataku szału. Podczas tych chwil był naprawdę agresywny i brutalny, a Servia wiedziała, że młodszy brat niedługo stanie się taki sam.
Jeśli chodzi o wygląd, to bardzo przypominał siostrę: ciemne, ale nie czarne włosy, lodowe oczy.
Co do mocy, to - tak jak brat - był zmiennokształtny. Jego postać miała ukształtować się już w przeciągu najwyżej miesiąca.

Servia spała coraz rzadziej i coraz gorzej.
Koszmary dotyczące czynów jej wychowanków sprawiały, że nieustannie budziła się z krzykiem, zlana potem i przerażona otaczającymi ją ciemnościami i zimnem.

***

- Wasza Wysokość - Einherjar skłonił się przed królową. - Wyzwałaś mnie.
Kobieta przez chwilę nie odpowiadała. Po chwili wstała z tronu i podeszła kilka kroków bliżej, stając na najwyższym stopniu podestu, na którym się znajdowała.
- Tak. Miałeś dostarczyć mi raporty od Heimdalla. Masz je? - zapytała niskim, budzącym respekt głosem.
Einherjar przełknął ślinę i spuścił wzrok, kiedy zauważył, że królowa patrzy mu w oczy.
- Oczywiście, Pani. Proszę - uklęknął na jedno kolano zakładając przeciwległą rękę na pierś, po czym podszedł do swojej władczyni.
Bogini wzięła od niego plik papierów, przeglądając go pobieżnie.
- Dziękuję. Możesz odejść - odwróciła się i podeszła z powrotem do tronu.
- Pani?
Zatrzymała się i obejrzała przez ramię.
- O co chodzi?
- Przybył... przybył twój szwagier, książę Thor.
Sigyn zamarła, ale w taki sposób, by żołnierz tego nie zauważył.
- Możesz odejść.

***

- Witaj, Thorze! - Heimdall przywitał się z Gromowładnym.
- Heimdall! - Thor mocno uściskał przyjaciela. - Co słychać?
Strażnik Światów spojrzał na niego smutno.
- Aaach - machnął ręką z rezygnacją. - Sam zobacz.
Thor nie wiedział o co mu chodzi, ale zrozumiał jedno.

Musi natychmiast zobaczyć się z ojcem.

***

Wszedł do Sali Tronowej. Spodziewał się, że nie czeka go tam nic przyjemnego, ale, kurde, bez przesady.

Na tronie siedział Loki.
Thor zamarł, patrząc na brata. Szczegóły zaczął dostrzegać dopiero po chwili.
Kłamca nie miał na głowie hełmu. W ręku trzymał włócznię Odyna, siedział rozparty bardzo wygodnie.

Na lewej poręczy tronu siedział Sigyn, lekko opierając się bokiem o ramię swojego męża. Miała na sobie szmaragdową suknię i naprawdę imponującą koronę zrobioną z długich sopli jakimś cudem nietopniejącego lodu.

Gromowładny chwiejnym krokiem podszedł bliżej.
- Lo... Loki? Co ty...
- Chciałem cię powiadomić, bracie, ale nie za bardzo miałem jak. Wybacz. Z racji twojej nieobecności tron po ojcu musiałem przejąć ja.
Musiałem. Haha. To dobre.
- Co z ojcem? - Głos Thora nieznacznie się uniósł.
- Nic mu nie jest - wtrąciła się Sigyn. Powoli, bardzo dostojnie wstała i postąpiła krok do przodu. - Zapadł w sen.
- Dlaczego w takim razie Baldur nie przejął władzy?!
- Bracie, opanuj się. To przez Baldura właśnie mamy teraz taką  anie inną sytuację. Chciał zabić ojca i przejąć tron. Jak mi nie wierzysz, a prawdopodobnie tak jest, zapytaj Heimdalla. Powinien pamiętać. Dostał taką karę za niepoinformowanie mnie o planach naszego brata, że raczej długo nie zapomni.
- Więc... co teraz? Gdzie on jest? Zamknęliście go w lochach? - Thor zdawał się powoli dochodzić do siebie.
- Niestety nie. Baldur nie żyje.
Cisza. Dzwoniąca, okropna cisza.
Thor uwierzył Lokiemu. Uwierzył, że Baldur chciał przejąć władzę nad Dziewięcioma Światami. Ale mimo to poczuł tą okropną gulę formującą się w żołądku człowieka, który właśnie został poinformowany o czyjejś śmierci.
Dopiero do chwili dotarł do niego ważniejszy fakt.
- Loki... nie zabiłeś go, prawda? Wiesz co to zna...
- Nie - przerwała mu Susan. - Ja go zabiłam.

Thorowi zrobiło się ciemniej przed oczami.

***

- Gdzie teraz?
Peter zawahał się.
- Halo? Quill? Coś dobrego, coś złego? Coś po trochu?
- Chciałbym odwiedzić Ziemię. Zobaczyć, czy się zmieniła.
- Nie radziłabym - odezwała się Bereet.
- Dlaczego?
- Sąsiednia planeta ma nowych władców. Planują rozpocząć Ragnarok. Ponoć to jakiś koniec świata, czy coś.
- Nawet tam muszą być tacy maniacy jak Ronan? - Rocket wydawał się być poirytowany. Jak zwykle z resztą.
- Tak. I tym razem prawdopodobnie jeszcze gorsi.
- Gamora? Nie miałaś ty czasem regenerować siły czy coś? - zapytał Peter. Dbanie o Gamorę bardziej niż ona sama było już u niego normą. - I co masz na myśli?
- Nowa królowa, o której wspomniała Bereet, ma w swoim posiadaniu jeden z Kamieni Nieskończoności lub jego pochodną. Konkretnie Kamień Duszy. Możliwe, że dodatkowo wzmocniony odłamami innych Kamieni.
- To to w ogóle jest możliwe?
- Teoretycznie nie, praktycznie - z tego wynika, że tak. Takie mieszanki nazywa się Artefaktami. Jest ich pięć, ale żaden jeszcze nie był przez nikogo używany przez czas dłuższy niż jeden dzień. Żaden z wyjątkiem Piątego. On zagnieździł się w tej właśnie królowej i po części w jej mężu, bo połączyli się jakimś paktem krwi, bla bla bla.
- Romantyczne jak cholera - mruknął Drax.
- Gdzie jest ta królowa? - zapytał Peter, wyraźnie zamyślony.
- W Asgardzie. Blisko Ziemi.
- Jedziem tam.

***

Thor wszedł do swojej komnaty i podszedł do misy wypełnionej zimną jak lód wodą. Przemył nią twarz.
Nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Co się zaczęło.

Za sobą usłyszał szmer. Odwrócił się.
- Ojcze?
- To tylko iluzja, synu - odpowiedział mu Odyn. - Musze przekazać ci coś bardzo ważnego.
Gdy Gromowładny nie odpowiadał, Wszechojciec kontynuował.
- Loki nie może zostać na tronie. Ani on, ani Sigyn nie powinni w ogóle być na wolności. Popełniłem błąd, dając jej tak potężną moc i równocześnie czyniąc ją boginią wierności. Teraz jedna z najpotężniejszych istot, jakie kiedykolwiek żyły jest po stronie, z którą my walczymy.
- Co mam z tym zrobić.
- Pojmać Lokiego i zrobić z nim to, co każe przepowiednia. A Sigyn wtrąć do lochu.

***

- Panie Stark, ma pan gościa.
- Nie ma mnie.
- To panna Stark.
Tony poderwał się z krzesła.
Do pokoju weszła jego siostra w czarnym kostiumie, który członkowie S.H.I.E.L.D po kryjomu nazywali Kostiumem Zdrady.

To w nim Susan dokonała czynów, przez które teraz walił się cały świat. Tow nim zdradziła Avengersów.

- Właściwie to Laufeyson, nie Stark - poprawiła na wejściu. - Według naszych kategorii, według asgardzkich: Lokikone.

Stark nie słuchał jej wywodów na temat gramatyki staronorweskiej. Podbiegł do niej i uściskał ją z całej siły. Ku jego zdumieniu, jego siostra również go objęła.
- Wreszcie wróciłaś - wyszeptał.
- Tylko na chwilę - powiedziała, odstępując krok dalej. - Chciałam się... pożegnać.
Zapadła cisza.
- Chciałaś... co?
- Pożegnać się. Tony, ja... ja już nie jestem jedną z was. Nie jestem Ziemianką. Muszę zrobić coś, czego nie jestem do końca pewna, czy chcę robić, ale wiem, że powinnam. I nie mam wyboru. Może przeżyję. Wtedy wrócę, i pożegnanie będzie nieaktualne. Ale w razie czego... chciałam, żebyś wiedział.
Po krótkiej chwili Stark zapytał:
- Chodzi o Ragnarok, tak?
- Skąd wiesz?
- Wszyscy wiedzą. Mamy pomóc wam powstrzymać tych zbirów, którzy chcą zniszczyć świat.
Dziewczyna spuściła wzrok.
- Susan? - Tony chwycił siostrę za ramiona. - Susan, dlaczego ty... proszę, powiedz mi, że...
- Nie mogę - przerwała mu. - Nie mogę tego powiedzieć, bo to nie jest prawda. To przeciwko mnie będziesz walczył.
Mówiąc to odeszła jeszcze dalej i objęła się rękoma.
- To ja będę niszczyć świat.
- Frozen?
Susan odwróciła się w stronę głosu, który wymówił jej imię.
- Steve - zaśmiała się smutno. - Nic się nie zmieniłeś.
Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem.
- Nie to co niektórzy - powiedział.
Mina Susan z lekko smutnawej zmieniła się w ożywioną zainteresowaniem i gotowością do ewentualnego ataku.
Sprawdziła, czy to rzeczywiście miała być obelga. Twarz Steve'a mówiła jasno: zmianę postrzegał jako taką na gorsze.
- Tak, zmieniłam się - zaśmiała się sykliwie, patrząc Kapitanowi w oczy i nie mrugając ani razu. Stare przyzwyczajenia po wilczycy. - Tak właściwie, to zostałam boginią, więc masz całkowitą rację.
Mówiąc to, postąpiła kilka kroków do przodu.
Na jej drodze stanęła Scarlett Witch.
- Nie podchodź do niego - warknęła.
- Wanda? A to ci niespodzianka. Jak ci idzie życie poza klatką?
Poczuła, jak atmosfera tężeje jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
Maximoff generowała moc.
- Bardzo dobrze. Widać że lepiej, niż tobie.
Susan wywróciła oczami i jednym, lekkim ruchem przycisnęła czarownicę do ściany, zaciskając palce na jej gardle.
Steve rzucił się na pomoc, ale powstrzymała go gestem.
- Nie chcesz tego robić, Steve, uwierz mi - po czym zwróciła się z powrotem do Wandy: - Nie jestem już tą osobą, która pamiętasz. Nie jestem tą złamaną, żyjącą w wiecznym strachu, ale silną fizycznie pacynką Hydry. Jestem wolna. Zabrali mi moją naturalną moc, wszczepiając zmiennokształtność w jej miejsce, ale ja odzyskałam to, co moje. Powoli dochodziłam do momentu, w którym już nic nie jest w stanie ze mną wygrać. Nawet twoje kuglarskie sztuczki. Jestem boginią i panią żywiołów. Jestem królową Asgardu i wszystkich Dziewięciu Światów - ostatnie pół zdania wypowiedziała głośniej, przez zaciśnięte zęby, mocniej przyciskając Wandę do ściany.
- Susan, proszę, przestań.
Słysząc głos Bruce'a, Frozen zwolniła uścisk, patrząc, jak czarownica pada na kolana i dusi się. Widziała siniejące pręgi na jej szyi.
- Jesteś... królową Asgardu? - zapytał Tony.
- Tak. Prawdopodobnie tylko chwilowo, ale tak.
Kątem oka zauważyła gwałtowny ruch w miejscu, w którym znajdowała się Scarlett.
Odwróciła się.
Czarownica rzuciła w jej stronę czerwoną kulę zmętlonych w jeden atak ogromnej ilości zaklęć.
Susan delikatnym, dystyngowanym ruchem ręki zatrzymała czary tuż przed sobą.
Jej twarz wyrażała jedynie znudzenie.
Szybkim machnięciem ręką w prawo odrzuciła kulę w bok.
Drugą ręką sama uformowała podobną bryłę.
Tylko że ta w jej wykonaniu zrobiona była z ognia.
I ta, w przeciwieństwie do kuli przeciwniczki, doleciała do celu.
Scarlett odrzuciło z powrotem na ścianę, ale dość szybko udało jej się podnieść. Stosunkowo.
Na jej dłoniach znów zaczęły zbierać się czerwone promienie, gdy nagle kobieta zamarła.
Jej ciało zgięło się w pół.
Wanda zaczęła krzyczeć.
Kończyny wyginały jej się po różnymi, zwykle nienaturalnymi kątami. Czuła, jak ogień pali ją żywcem, choć żadnego ognia nie było.
- Susan, co ty robisz? - Steve pierwszy odważył się zaprotestować. Musiał krzyczeć, żeby przebić się przez wrzaski.
- Ja? Ależ nic. Daję jej tylko drobną lekcję szacunku - zaśmiała się. -  I nie jestem Susan. Mam na imię Sigyn.

**********************

No więc jestę, Ludzie, jestę.
Uwielbiam Wasze komentarze nawiązujące do przekleństwa użytego w poprzednim rozdziale! To takie słodkie :3
A tak wracając do rozdziału:
Susan the Queen of Sass and Badassery is back.



piątek, 26 czerwca 2015

6. Lady of Elements.

https://www.youtube.com/watch?v=KAeiATpNtys

"Na szlak moich blizn poprowadź palec,
By nasze drogi spleść gwiazdom na przekór.
Otwórz te rany, a potem zalecz,
Aż w zawiły losu ułożą się wzór (...)
Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte.
Przez gniew i smutek
Stwardniałe w kamień.
Rozpalę usta smagane wiatrem (...)
Nie wiem, czy jesteś moim przeznaczeniem,
Czy przez ślepy traf miłość nas związała.
Kiedy wyrzekłem moje życzenie,
Czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała?"


***


- Wasza Książęca Mość - przed Lokim pojawił się wysoki mężczyzna w asgardzkiej zbroi. - Wszechojciec prosił, abyś dziś nadzorował musztrę i szermierzy podczas ćwiczeń.
Kłamca wywrócił oczami. Znowu pół dnia z życia poszło się je... no.
Mimo to potulnie (prawie) poszedł za strażnikiem w kierunku placu treningowego.
***

- Wszechojcze - Baldur skłonił się. - Jeżeli pozwolisz, treningi żołnierzy będę nadzorował dziś razem z moim bratem. 
- Oczywiście, synu. 
Bóg piękna ponownie skłonił się, po czym odszedł.
Już za drzwiami zaczepił go strażnik, ten sam, który przed chwilą rozmawiał z Lokim.
- Załatwione? - Zapytał go Baldur?
- Tak, panie. Kłamca jest już na placu. Co z kobietą?
Blondyn uśmiechnął się do siebie. 
- Spokojnie. Już ja się nią zaopiekuję.

***

Susan była na skraju wytrzymałości nerwowej. Szarpała szczotką o włosy, warcząc przy tym przez zaciśnięte zęby.
- Jeżeli zaraz te gówniane kudły się nie rozczeszą, to, do jasnej cholery, przysięgam, że je zetnę na zero.
Włosy się nie rozczesały, ale spoko, Sigyn i tak nie miała serca ich ściąć. Groziła im tak średnio dwa razy dziennie. 

Po piętnastu minutach udało jej się doprowadzić je do jako takiego porządku (o ile porządkiem można nazwać to, że się napuszyły jak dupa pawia) i zająć się czymś bardziej pożytecznym.
To jest wybieraniem sukni.

Po kolejnym kwadransie zdecydowała się na pastelowo różową, zwiewną sukienkę, idealną na upały. 

W międzyczasie zdążyła zjeść śniadanie przyniesione przez straż. 
W momencie, kiedy kończyła żuć ostatni kawałek chleba (i zapinać naszyjnik), rozległo się pukanie do drzwi.

- Wejść - rzuciła, niespecjalnie zainteresowana sytuacją.
Drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do komnaty. Sigyn nadal nie zwracała na to uwagi. Dopiero, kiedy gość nie odzywał się przez dłuższy czas, odwróciła się, chcąc zapytać, o co chodzi.

Prawie podskoczyła, kiedy zobaczyła Baldura stojącego w odległości ledwie dwóch stóp od niej. 
Szybko jednak znów przybrała obojętny wyraz twarzy. A niech se gnojek nie myśli.

- Pani - Baldur skłonił lekko głowę.

W myślach Sigyn szalało tylko jedno słowo.
"Gaston Gaston Gaston Gaston Gaston".

- Wybacz, że przeszkadzam ci o tak wczesnej porze, ale usłyszałem, że twój mąż musiał zostawić cię samą ze względu na swoje obowiązki. Nie mogłem pozwolić, żebyś męczyła się sama w tej komnacie tyle czasu, więc przyszedłem... - Sigyn powoli przygotowywała wszystkie mięśnie do ucieczki przed, jak nazwała go w głowie, "tym zboczeńcem", kątem oka sprawdzając, czy drzwi tarasowe są otwarte. - ... by zabrać cię na spacer.
Sigyn odetchnęła głęboko, udając, że ziewa.
- Nie za bardzo chce mi się chodzić, Baldurze. Jestem zmęczona.
- Nalegam. Są miejsca w ogrodzie, które znam tylko ja, a zaręczam, że są one dużo piękniejsze, niż te, które pokazywał ci Loki.
Susan stwierdziła, że nie da rady zmusić go, żeby się jednak odpier-tego.
No i poszła, sierota jedna.

Gaston... Baldur znaczy, gadał jak najęty. Jakby na siłę chciał zainteresować Susan. A tu dupa, ona i tak go nie słuchała.
Po, jak zdawało się dziewczynie, pierdyliardzie minut Baldur zaproponował, żeby usiedli.
Zajęli miejsce na ławce i - o zgrozo - Gaston zamknął mordę.
Sigyn nie było jednak dane napawać się spokojem zbyt długo, ponieważ chwilę później poczuła ciepłą dłoń na swoim kolanie.
O to, to nie, pomyślała.
Gwałtownie zarzuciła nogę na nogę, udając, że to odruch.
Ale cholernik nie ustępował.
Jedna dłoń wróciła tam, gdzie była, a druga powędrowała na szyję bogini.
Zanim Susan zdążyła zareagować, już czuła nieprzyjemnie gorący oddech na szyi.
Bóg dobroci był uparty.
Ale Frozen była szybka. Mało tego, była szybką panią żywiołów.
Po zaciśniętych na karku Susan palcach przebiegły płomyczki ognia. Mężczyzna wrzasnął i odskoczył od Sigyn.
Ta wstała, spojrzała na niego z wyższością i powiedziała:
- Trochę mniej ognia, chłopczyku. Bo cię poparzy.
Po czym odwróciła się i odeszła.

***

- Servia?
- Tak, Księżniczko?
- Kiedy tata po nas przyjedzie?
- Niedługo.
- A mama będzie z nim?
- Tak, kochanie.

***

Sigyn czym prędzej pobiegła na plac, gdzie miał być Loki. Zobaczyła go rozmawiającego z jakimś mężczyzną. Oboje stali z rękami założonymi za plecami, odwróceni tyłem do niej. Znajdowali się na wzniesieniu, a pod nimi trwał pokaz sił Einherjarów.
- Loki! - Susan podbiegła do męża. Kłamca spojrzał na nią zaskoczony.
- Co się stało, Sigyn? - zapytał zmartwionym głosem, delikatnie oplatając ramię wokół jej talii i nachylając się do niej, jak nauczyciel do dziecka, które właśnie przyleciało naskarżyć, że ktoś je pobił.
- Baldur. On coś kombinuje, musisz wracać do pałacu!
- O czym ty mówisz?
- Próbował... chyba chciał się bawić w odbijanie żon. Konkretnie jednej. Twojej.
Loki pobladł. Nie ze strachu czy niepokoju. Oj, nie. To była furia.
- Zaraz z nim porozmawiam, kochanie. Zrobił ci coś?
- Nie zdążył, bo go poparzyłam. Ale Loki, nie to jest teraz ważne. To, co ćwiczyliśmy... ja coś usłyszałam. Słyszałam jego myśli. On chce zrobić coś strasznego.
- Co konkretnie? - Kłamca już w ogóle nie przywiązywał uwagi do trwającego na dole pokazu.
- Nie wiem, nie mam nad tym jeszcze na tyle silnej kontroli. Wiem tylko, że musimy natychmiast znaleźć się w pałacu!
Loki patrzył na nią jeszcze przez chwilę, próbując opanować wściekłość.
Mężczyzna, z którym wcześniej rozmawiał Loki, powoli odwrócił się w ich stronę. Sigyn poczuła, jak włoski stają jej na karku. Opanowała Sheerę już w pełni, ale wyzbycie się wilczych instynktów było znacznie trudniejsze i - przede wszystkim - niepożądane. nie podobał jej się. Nie podobało jej się to, że przez całą, raczej rozemocjonowaną rozmowę między nią a Lokim, ten dziwny facet ani razu na nich nie spojrzał. Dopiero teraz.
W ciągu ułamka sekundy jej podejrzenia spełniły się. Mężczyzna podniósł rękę ze sztyletem, mierząc w plecy Lokiego.
Nikt nie drgnął. Loki nawet nie wiedział, co się dzieje.
A ręka zamachowca powoli zeskorupiała, schnąc i pękając jak pozbawiona deszczu ziemia, po czym z okropnym odgłosem rozsypała się na kawałki.
Loki obejrzał się za siebie, po czym spojrzał na Sigyn z szokiem w oczach.
- Nie ma za co - rzuciła z półuśmiechem na ustach, po czym pociągnęła go za sobą do pałacu.

Całe zajście nie trwało więcej jak pół minuty.

***

Widok, jaki zastali w sali tronowej, sprawił, że Loki stanął jak wryty, lekko się chwiejąc, a dłoń Sigyn gwałtownie powędrowała do jej ust, zasłaniając je.

Przed schodami leżał nieprzytomny Odyn. Loki podbiegł do niego, sprawdzając puls.
- Zapadł w sen - wyszeptał. W jego głosie słychać było ulgę.
Susan też odetchnęła.

- Na twoim miejscu bym się nie cieszył, Loczku - usłyszeli z drugiego krańca sali.
Oboje odwrócili się w stronę głosu.
Baldur stał oparty szarmancko o kolumnę, z rękami założonymi na piersi i skrzyżowanymi nogami.
Na jego twarzy malował się podły uśmieszek.
- Odyn śpi, Thora nie ma, a ty jesteś poza kolejką do tronu. Więc kto jest teraz Wszechojcem?
Sigyn poczuła leciutki, zimny powiew powietrza od strony, z której stał Loki.
Spojrzała na niego. Po chwili przyglądania zrozumiała. "Jednak trochę to ja już go znam", pomyślała, chcąc się uśmiechnąć, ale w ostatniej chwili powstrzymując emocje.
- Co, nie odpowiesz mi, braciszku? Taki z ciebie wielki magik, może teleportuj nam trochę śniegu z Jotunheimu, na pewno ci dadzą. Jesteś przecież ich książątkiem, n... - urwał. Urwał, bo poczuł zimne ostrze sztyletu na szyi.
- Tak ,jestem wielkim magikiem. I po raz kolejny dałeś się nabrać na najprostszą iluzję, braciszku.
- Nic mi nie zrobisz, bękarcie! Nie możesz...
- Chyba nie znasz definicji słowa "bękart", Baldurku.
- Tylko jemioła może mnie zabić! Matka o to zadbała!
Zapadła chwila ciszy, którą przerwał śmiech Lokiego. Ironiczny spływający jadem.
Susan również się uśmiechnęła. Widząc spojrzenie Kłamcy skierowane w jej stronę podeszła bliżej.
- Ach tak, Baldurku - powiedział Loki, udając głos człowieka, które niecny plan właśnie spalił na panewce. - Zapomniałbym.
Po raz kolejny spojrzał na Susan, zadając w myślach pytanie.
"Na pewno?"
Susan odruchowo potarła się po od niedawna znów noszonym medalionie łączącym jej umysł z głową Lokiego.
"Tak, Loki. Będzie wyjebiście, zobaczysz."
Kłamca gwałtownie odstąpił od Baldura, śmiejąc się pod nosem z tego, co powiedziała Susan. Zawsze bawiło go, gdy przeklinała.
Bóg piękna zachwiał się, ale zaraz wyprostował plecy i uniósł podbródek w triumfalnym geście.

I tak już mu zostało, bo nienaturalnie ogromna gałąź jemioły przebiła mu się przez podgardle, przechodząc na wylot całą czaszkę i rozłamując szew między kością ciemieniową a czołową. Następne gałęzie zaczęły wyrastać z posadzki i wbijać się to w serce, to w gardło, to w brzuch Baldura.

Bóstwo wydało ostatni, świszczący oddech, a Sigyn opuściła ręce. Jemioła przestała rosnąć.
Pani żywiołów spojrzała na zawieszone na gałęziach ciało Baldura z wyższością.

W końcu Loki przerwał ciszę.
- No to mamy Ragnarok.


***************************
No hej.
Długo mi to szło, wiem, ale ludzie!
Zrobiłam Wam Ragnarok!
:***